Niebo przybrało pomarańczowy odcień brzasku.
Gemini przetarła oczy, zmęczona po całonocnej jeździe stępem. Przy najbliższym strumyku zsiadła z Brzask, pozwoliła koniowi się napić i poskubać trawy przystrojonej rosą.
Kiedy słońce było już w zenicie wsiadła na Brzask i popędziła ją do galopu.
Jeszcze tej nocy znalazły się w mieście, a dokładniej pod murami miasta.
- Kto idzie? - zapytał strażnik ubrany we wściekle zielone getry i beret na ogolonej głowie.
- Posłaniec jej królewskiej mości. Otwórz mi bramę - odparła Gemini spokojnym tonem.
- Nie mogę. Brama otwierana rano - mówił jakby recytował wierszyk, łamanym językiem, który świadczył o jego wiejskim pochodzeniu.
- Hę? - dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Środki bezpieczeństwa. Przyjdźta jutro!
Gemini zacisnęła pięści na wodzy klaczy.
- Królowa nie będzie zachwycona zwłoką - zawróciła konia.
Siedząc na kamieniu i trzymając wodzę śpiącej klaczy Gemini walczyła z sennością. Nie mogła tak po prostu wysadzić bramy. Strażnicy podnieśliby alarm oznajmiając przybycie maga. Panika ogarnęłaby miasto, a niektórzy rozpoczęliby polowania.
- Uhu uhu hu.
Podskoczyła, słysząc Vulcana. Dostrzegła jego oczy w ciemnościach. Zielony, wielki goryl wyszczerzył kły, odbijające światło księżyca.
- Ty! Moja! - zabrzał podniecony głos Vulcana.
- Chyba w snach - mruknęła Gemini, a w jej głowie zaświtał pomysł.
- Pójdziesz ze mną. Uhu hu uhu.
Gemini przewróciła oczami.
- Jeśli coś dla mnie zrobisz - powiedziała.
- Zrobić?
- Tak. W tedy mnie weźmiesz - kłamała z uśmiechem na ustach.
- Co zrobić? Uhu.
- Idź po swoich kolegów i rozwal bramę miasta ludzi - powiedziała.
- Uhu! - Vulcan odbiegł.
Po pół godzinie dało się słyszeć dźwięk rogu i odgłosy wydawane przez stado napalonych, zielonych goryli.
Gemini wsiadła na Brzask. Galopem dotarły pod mury.
Vulcany wywarzyły bramę. Było ich czterech, w okół nich tłum ludzi w zielonych beretach z włóczniami w dłoniach. Gemini uśmiechnęła się.
- Technika Zabójcy Gwiazd - wyciągnęła rękę przed siebie. - Złota Rybka.
Z jej dłoni wystrzeliła mała złota rybka i popłynęła w powietrzu do Vulcan'ów i strażników.
Oślepiający błysk światła zakrył scenerię przed rozwaloną bramą.
Ludzie i goryle leżeli na ziemi oszołomieni.
Gemini nie tracąc czasu przekroczyła mury miasta. Brzask nie patrzyła czy staje na ziemi czy na ludzkich ciałach. Szła grzecznie za Gemini.
Ulica główna była pokryta kamiennymi kocimi łbami. Była szeroka, a po obydwu jej stronach stały domy kupców i bogatszej części ludności. Niektóre budynki na parterze miały witryny sklepowe. Drogę oświetlały pochodnie, powieszone na metalowych kołkach, wbite w kamienne ściany.
W głowie Gemini zrodziło się pytanie, na które po chwili sama sobie odpowiedziała.
Czemu smoki nie zniszczyły tego miasta? Oh, wszystkie budynki są z kamienia.
Po ułamku sekundy jeszcze jedno pytanie. Mogły by inaczej zniszczyć... nie używając ognia. Coś je musi odstraszać.
I w tedy przypomniała sobie jedną z wielu rozmów z Acnologią przeprowadzoną w bibliotece.
- Są tu jakieś miasta? - zapytała.
- Najbliżej jest Rosalia, o ile nie przekręciłem nazwy...
- Byłeś tam?
-Kilka razy. Nie lubię tego miasta. Mają brzydkie dziwki.
- Tylko dlatego?
- Eh... nie znam smoka, który zapuściłby się w tamte tereny. Głupi ludzie wybudowali to miasto na Ziemi Wężownika. Emanuje dziwną energią.
Zauważyła plac główny, trzysta metrów dalej. Dostrzegła posąg wyciosany z kamienia, przedstawiał ogromnego węża, ''siedział'' z wygiętą szyją i łbem skierowanym w stronę bramy, oplatając ogonem podest. Za nim stała szubienica z trzema sznurami.
Usłyszała tupot wielu nóg.
Skryła się z klaczą w zaułku, miedzy najbliższymi dwoma budynkami. Druga grupa strażników pobiegła do bramy. Złota Rybka nie trwa długo na ludziach. Najprawdopodobniej zielone getry i berety stały nad Vuclanami, przebijając ich włóczniami.
Gemini postanowiła nie wracać na główną ulicę. Zauważyła, że zaułek ciągnie się dalej. Szła dalej, coraz głębiej. Usłyszała dwa głosy. Męski i kobiecy.
- No już, oduczy cię to szlajania się po zmroku, ślicznotko - zarechotała męska postać.
- Zostaw mnie, brudasie - zapiszczał damski głos.
Gemini, mimo braku oświetlenia, widziała ich. Mężczyzna trzymał śliczną blondynkę, w niebieskiej todze, za ramiona i przyciskał do ściany.
- No dalej - zerechotał. - Podciągnij sukieneczkę - znów zarechotał.
Zabójczyni dostrzegła jak podwija jej togę i łapie za nagie udo. Blondynka pisnęła i zaczęła go bić małymi piąstkami. Zarechotał ponownie i złapał jej nadgarstki, i trzymał ponad jej głową. Blondynka wiła się, próbując uciec, ale mężczyzna był silniejszy. Przycisnął ją całym ciałem do ściany ze zboczonym uśmiechem.
Zostawię ich samych, pomyślała i chciała zawrócić, lecz Brzask zarżała w sprzeciwie.
Odwrócił głowę w kierunku hałasu i zobaczył konia, a obok niego zakapturzoną postać. Koń zarżał ponownie i prychnął gniewnie.
- Czego tu? - warknął mężczyzna.
Postać nie odpowiedziała.
- Świetnie - mruknął. - To stój i patrz - spojrzał na blondynkę i podwinął jej togę.
Gemini pociągnęła w dół wodze klaczy, by się uspokoiła. O co chodzi temu koniowi? Brzask szturchnęła nosem ramię Zabójczyni.
- Zostaw tę panią - odezwała się, zmieniając ton głosu by wydawał się męski.
- I co jeszcze? - prychnął facet. - Wypierdalaj z tond. Przeszkadzasz mi - kontynuował podwijanie togi blondyny.
- Głuchy, a może głupi? - Gemini błysnęła teraz złotymi oczami. - Nieważne. Twój czas się skończył.
- Co ty pierdolisz, chłopie? - mężczyzna spojrzał na postać, odrywając wzrok od dekoltu blondynki.
- Technika Zabójcy Gwiazd: Strzała - Gemini wyciągnęła przed siebie rękę, z której wystrzeliła złota strzała i trafiła mężczyznę. Ten zatoczył się do tyłu puszczając blondynkę i upadł na kamienne kocie łby.
Blondynka stała sparaliżowana, a potem spojrzała na Zabójczynię.
- Ty jesteś magiem - szepnęła.
- I?
- Dziękuję - podeszła do Zabójczyni. - Dziękuję ci, mój panie. Uratowałeś mnie.
Brzask wyprostowała się dumnie.
- Uważaj na siebie. Drugi raz mnie nie spotkasz - powiedziała Zabójczyni Gwiazd.
Blondynka skinęła głową.
- Jeszcze raz ci dziękuję, mój panie - zarzuciła ręce na szyi Gemini i ją pocałowała.
Ciało Zabójczyni zesztywniało, ale równie szybko się rozluźniło pod wpływem warg dziewczyny. Jeśli gra mężczyznę niech gra do końca.
Blondynka zarumieniła się, cofając o krok.
- Żegnaj - powiedziała i pobiegła w stronę głównej ulicy.
Gemini wytarła usta wierzchem dłoni i ruszyła w dalszą drogę.
Domy z ładnych kamienic zmieniały się w coraz bardziej zniszczone aż doszła do slumsów.
- Śmierdzi tu - mruknęła, a Brzask zadrżała, popierając ją. - Przynajmniej tu drogi są oświetlone...
Przeszły mostem, pod którym Gemini zauważyła biedaczkę opłakującą wychudzone dziecko.
Mijała ruderę, aż zaczepiła ją dziwka.
- Chodź, nie pożałujesz - rudowłosa dziewczyna również pomyliła płeć Gemini.
Rzeczywiście brzydka, pomyślała,
- Po pięciu piwach śliczności! - zawołał ktoś ze środka burdelu.
Twarz Gemini wygięła się w obrzydzeniu i poszła dalej.
Błądząc doszła do mniej ubogiej części. Stały tam karczmy, a w nich śpiewali pijani faceci z kelnerkami na kolanach.
Nieco dalej postawiona została drewniana stajnia. Gemini przywiązała klacz do pala i usiadła na sianie, opierając się plecami o ścianę i przymknęła oczy.
- Hej. Zbudź się.
Gemini otworzyła oko, ale nic poza czernią kaptura nie zobaczyła. Podniosła się i strzepała siano z policzka, czuła, że nie spała długo. Spojrzała na chłopaka klęczącego przy niej.
- Zabalowało się wczoraj, co? - młodzieniec uśmiechnął się.
- Dopadło mnie zmęczenie - mruknęła Gemini. - Jestem... posłańcem - zrzuciła kaptur.
- Oh. Jesteś dziewczyną.
Spojrzała na niego z pod byka i wstała.
- Kogo stajnia? - zapytała.
- Moja, po rodzicach - powiedział.
- Masz wolny boks? - zapytała, odwiązując brzask.
- Może mam...
Wcisnęła mu dłoń małą sakiewkę.
- Pięć nocy z wyżywieniem - pogładziła swojego wierzchowca po szyi.
- Liczyłem na inną zapłatę.
Gemini spojrzała na niego.
- Kpisz sobie ze mnie? - zapytała szorstko.
Zaśmiał się i wziął od niej wodze klaczy.
Gemini poszła za nim i patrzyła jak wprowadza jej klacz do boksu, po czym ściąga z niej wodze i siodło i kładzie na sianie przy wejściu do boksu.
- Do zobaczenia, Brzask - pogładziła klaczkę po chrapach i wyszła.
- Ej! - zawołał za nią chłopak. - Nie chciałabyś przenocować? Chyba nie masz się gdzie podziać...
Spojrzała na niego.
- Zajmij się moim koniem - powiedziała i ruszyła w stronę zamku, którego jedyne trzy wieżyczki wystawały ponad dachy domów.
- Jestem posłańcem. Mam list dla księżniczki - oznajmiła strażnikom, którzy stali u wrót. Ich berety były wściekle żółte.
- A od kogo? - dopytał strażnik.
- Od mego pana.
- Kim jest twój pan?
Uśmiechnęła się.
- Technika Zabójcy Gwiazd: Andromeda - powiedziała, patrząc to na jednego to na drugiego, a ich umysły zostały jej na krótki czas podporządkowane.
Otworzyli jej drzwi, patrzą jak zombie przed siebie,. Weszła stawiając pewne siebie kroki.
~Viku
___
Chciałam nieco rozwinąć, ale stwierdziłam, że po co macie dłużej czekać.


